niedziela, 31 marca 2013

Krzysztof Varga - Trociny



„Po tych wszystkich Majach, Inkach, Aztekach pozostały jakieś kamienie, po nas zostaną co najwyżej trociny, z trocin powstaliśmy i w trociny naszych trumien się obrócimy”



Są książki, w których zaznaczam ołówkiem dobre fragmenty, do których chciałabym wrócić. Są takie, o których myślę cały dzień w pracy, że jak tylko wrócę, zjem obiad, wyprowadzę psa, usiądę w fotelu i będę czytać. 

Zaznaczanie fragmentów w Trocinach mija się z celem, gdyż mielibyśmy więcej fragmentów podkreślonych niż nie. Nie jest to jednak książka do której tęsknimy. Z jednej strony wcale nie mamy ochoty jej wziąć do ręki. Powoduje jakąś niechęć (nie tyle do samej siebie, ile do otaczającego nas świata, bo ten jest bardzo bliski temu z kart książki). Jest momentami nużąca i bardzo gęsta. Z drugiej strony, gdy już czytamy, mamy poczucie, że to jest dobre, prawdziwe, polskie, nasze i bliskie. 


Podobno Polacy uwielbiają narzekać. Na pogodę, zdrowie, krzywe chodniki, PKP, żonę, męża, byłą żonę i byłego męża. Niekończąca się litania. 50-letni Piotr Augustyn, komiwojażer, warszawiak z pierwszego pokolenia nieustannie sączy jad. Jego żółć wylewa się powoli, ale systematycznie przez 367 stron. Bohater, w swoim miarowym jak stukot pociągu monologu, krytykuje wszystko i wszystkich. Jest dogłębnie rozczarowany, przede wszystkim samym sobą, choć o tym nie wspomina. Może dlatego lepiej byłoby nazywać go Antybohaterem. Nieustannie uwięziony. W wagonie pociągu InterCity, w swoim pustym mieszkaniu, relacjach z rodzicami czy braku relacji z byłą żoną (obecną żoną kogoś innego). Zawieszony pomiędzy wsią, z której pochodzi i której nienawidzi, a miastem, w którym czuje się nadal wieśniakiem. Przegląda się w ludzkich twarzach, twarzach ludzi zbędnych. Opisując otaczającą go rzeczywistość rysuje swój własny portret. 


„W Polsce jest trzysta czternaście powiatów, około dziewięciuset miast, w większości średnich albo małych, kiedy spoglądam na mapę Europy, to wyraźnie widzę, że Polska wyróżnia się na tle innych krajów niezwykłą mnogością średniej wielkości miast, walczących o prymat najśredniejszego miasta spośród średnich miast Europy, ten kraj zbudowano na średniości i w tej średniości jego siła i duma. Nieprawda, że ten kraj czasami bywa wielki, a czasami mały, on jest nieustająco średni, nawet w swoich największych porywach i najgłębszych upadkach, wszystkie klęski i zwycięstwa tego narodu w porównaniu z historią innych państw i narodów są co najwyżej solidnie średnie, są to zwycięstwa i klęski powiatowe.”

 
Nasz bohater też jest najśredniejszy z średnich. Tak skupiony na ocenianiu i krytykowaniu innych, że nie potrafi czerpać radości z własnego życia. Nie ma celu, do niczego nie dąży. Pozytywny stosunek ma tylko do muzyki dawnej, jedynie ona go uspokaja a może nawet wzrusza. A już na pewno – w jego mniemaniu - czyni lepszym od innych. Niemniej jednak wcale nie pozwala mu zrozumieć najbliższych mu osób, wczuć się w ich problemy i pragnienia. Nie lubimy go, choć wielokrotnie wypowiada nasze własne myśli i frustracje. 


(...) "zostaniemy przysypani tonami trocin, które na pozór lekkie, gdy weźmie się ich garść do ręki, są w swojej masie zabójcze, człowiek przysypany trocinami dusi się i nie może wydostać, i w tej lawinie trocin zdycha."


Piotr Augustyn hebluje swoje życie, z którego i tak zostaną tylko trociny. 

 

niedziela, 14 października 2012

William Wharton "Tato" - opowieść o ojcach, synach i sile wyobraźni.



Można przeżyć z kimś ponad pięćdziesiąt lat. Można znać go od podszewki. Można też skrywać w sobie tajemnicę, misternie skonstruowany świat wyobraźni, drugie życie, w które nie tylko uciekamy od codziennych problemów, ale które toczy się równolegle i jest dla nas tak samo prawdziwe, ważne. 


Napisana w 1981 r. powieść Tato Williama Whartona to opowieść o trzech pokoleniach Amerykanów, ich wzajemnych relacjach, dojrzewaniu w obliczu trudnych życiowych sytuacji ale także o poznawaniu się na nowo przez najbliższych sobie ludzi – ojców i synów, matki, siostry. Odkrywaniu radości życia.
            „A jego ojciec jest synem mojego ojca” – ta zagadka otwiera książkę, żeby później naprowadzić nas na właściwe tory interpretacyjne. Te same wydarzenia obserwowane są przez dwóch narratorów – syna i wnuka.  Ich przeplatające się ze sobą relacje stopniowo tworzą spójny obraz. Główny bohater bowiem łączy w sobie dwie role: syna i ojca jednocześnie. Niekiedy odnosimy wrażenie, że należy również do dwóch różnych światów. Świata rodziców i ich wartości, oraz świata swojej rodziny i rządzącej w niej zasad.
Syn. Na wieść o chorobie matki przyjeżdża z Paryża do rodzinnej Kalifornii. Dzień za dniem upływa na odwiedzaniu chorej na serce matki, która przeszła poważny zawał oraz na przygotowywaniu ojca do jego nowej roli. Uczeniu go samodzielności, podstawowych domowych obowiązków, aby mógł pomóc żonie. Role mają się obrócić o sto osiemdziesiąt stopni. Dla matki, która przez całe życie sprawowała wręcz tyrańską władzę nad mężem i domem, jest to sytuacja nie do przyjęcia.
Tym razem to syn uczy ojca i razem odkrywają przyjemność życia codziennego. Leniwe popołudnie na plaży, przejażdżka motorem, kufel piwa w barze. Tak zwyczajne, a jednak po pięćdziesięciu latach, ci mężczyźni poznają się na nowo. Niestety nagle spada na nich kolejny cios – rak, którego ojciec panicznie się boi.  Mimo starań syna, ojciec poznaje prawdę o swojej chorobie i zapada się w tajemniczą otchłań. Traci zupełnie świadomość i kontakt z rzeczywistością. Jego oczy są puste, ale i dzikie, zwierzęce.
Kiedy po wielu dniach starań „ojciec powraca do żywych” eksplodują w nim tłamszone i skrywane do tej pory pokłady energii i zadowolenia z życia. Czy żonie uda się zaakceptować mężczyznę, którego do tej pory tak naprawdę nie znała?
Narracja prowadzona przez dwie osoby: syna i wnuka pozwala spojrzeć na rozgrywające się wydarzenia z różnych perspektyw.

Tato to książka warta przeczytania, książka która potrafi na coś nas w życiu przygotować. Przypomina o przemijaniu, odchodzeniu i śmierci, ale także, a może przede wszystkim o życiu i sile wyobraźni.

niedziela, 16 września 2012

Od słowa zaczyna się życie i na słowach się kończy - "Kamień na kamieniu" Wiesława Myśliwskiego




Im lepsza książka, tym trudniej o niej napisać. Większy niepokój o dobór słów. Książki towarzyszą mi w podróży, podczas odpoczynku po pracy, w czasie choroby. Czytam w zasadzie w każdej wolnej chwili. Staram się również dobierać te lektury świadomie. Lecz mimo to, tylko raz na jakiś czas trafi się książka, która coś w człowieku odkryje, otworzy, albo otworzy go na coś nowego. Sprawi, że poczujemy czym jest prawdziwa sztuka. 


Książka „Kamień na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego ukazała się w 1984 r. i już wtedy zdobyła wielkie uznanie zarówno wśród czytelników, jak i krytyków. Po 28 latach nadal wzbudza bardzo pozytywne emocje. Tym bardziej może być to zaskakujące, gdyż książka wpisuje się w nurt literatury chłopskiej, często porównywana jest z „Chłopami” Władysława Reymonta. Dla mnie jednak zamykanie jej w tych ramach byłoby bardzo krzywdzące. Jest to bowiem książka „totalna”.
Czytelnik, który nie ma nic wspólnego ze wsią, może poza zacierającymi się wspomnieniami z dzieciństwa, obrazkami z wakacji spędzanymi u babć, czy cioć, odkrywa swoje korzenie, na nowo poznaje to, z czego wyrasta. Coś co jest wspólne dla nas wszystkich i może tak oczywiste, że nie przychodzi nam do głowy mówić o tym, a może nawet myśleć.
Cmentarz, Droga, Bracia, Ziemia, Matka, Płacz, Alleluja, Chleb, Brama. To tytuły rozdziałów, a także zaczątki historii, epizodów z życia Szymona Pietruszki, które odsłaniane w sposób pozornie chaotyczny i niechronologiczny, układają się w jedną całość. W życie.  
Zastanawiającym jest, dlaczego autor zaczyna właśnie od cmentarza. Przecież na tym powinniśmy kończyć. Na co dzień nie myślimy o śmierci, wydaje się nam ona odległa. Czasem tylko, na ułamek sekundy, przypomina o sobie i czujemy wtedy jej lodowaty oddech na policzku. 


Człowiek śmierci zwyczajny, księże proboszczu. Nie tylko żyje od kołyski do trumny, ale i umiera od kołyski do trumny. Umrzeć to nie znaczy ten jeden raz umrzeć księże proboszczu. Kto wie, może dłużej się umiera, niż się długo żyje. A przecież umiera się jeszcze za grobem. Bo umiera się dalej wśród tych, co pozostali żywi. A ten jeden raz to może tylko koniec śmierci. Ale zanim do tego końca człowiek dojdzie, ileż to razy musi przedtem umrzeć”.


Szymon Pietruszka, mimo iż świadomy porządku świata, jego stałego rytmu i powtarzalności, którą na wsi odczuwamy jeszcze silniej, gdy żyjemy w zgodzie z naturą, żyje pełną piersią. Wydawać by się mogło, że to tylko jedna wieś i jeden bohater, ale odnajdujemy w ich losach historię Polski. Bo tu każdy kamień ma swoją historię. Takie jest motto książki – „Kamień na kamieniu, pod kamieniem kamień, A na tym kamieniu jeszcze jeden kamieńzaczerpnięte z ludowej pieśni. Główny bohater, który okazuje się wielkim gadułą, powoli odkrywa dla nas te symboliczne kamienie.
Życie Szymona zatacza koło. Jako młodzieniec, pragnie uciec od ziemi w gorące objęcia kobiet, w rytm polek i oberków na wiejskich zabawach, w bijatyki na noże, a później w zimne i mokre partyzanckie lasy. Oby jak najdalej od żniw i palącego na polach słońca. Chwyta się zajęć wszelkiej maści – jest milicjantem, fryzjerem i urzędnikiem. Jego ucieczka jest jednak daremna. Stopniowo godzi się ze swoim losem i powraca do ziemi. Symbolem tego pogodzenia, jest chęć wybudowania grobu, w którym mogłaby spocząć cała rodzina.
Kamień na kamieniu” to również uczta językowa. Piękny język polski z jego powoli zapominanymi słowami. Czasami siarczysty, dosadny. A niekiedy delikatny. Ale zawsze niezmiernie obrazowy. Na każdej stronie wyczuwamy dbałość autora o każde słowo i jego odpowiednie miejsce. Bo jak kiedyś powiedział Myśliwski w jednym z wywiadów:


To słowo niesie narrację, wyzwala opowieść, decyduje o końcu fabuły. – Czekam na to słowo, które wypływa z zebranej materii, proces ten jest jednak ciężką, żmudną, systematyczną robotą”.
Bohaterów możemy rozpoznać po ich specyficznym sposobie mówienia, wyrażania myśli, a czasem milczenia nad czymś.


Książka Myśliwskiego jest również tęsknotą za odchodzącą do przeszłości polską wsią i prawdziwą chłopską duszą. Wszystko się zmienia, wymierają pokolenia, tradycje i zwyczaje. I mimo, że nadal istnieją wsie i nadal mieszkają w nich ludzie, są to już inne wsie i inni ludzie. Czasem świata trzeba zacząć uczyć się na nowo. Jak w przypadku brata Szymona - Michała. Tak bardzo chciałby, żeby Michał coś powiedział, chociażby to najprostsze i najbliższe mu słowo – ziemia. 
Bóg się każe słowami ludziom modlić, bo bez słów nie odróżniłby człowieka od człowieka. A i człowiek sam siebie by nie odróżnił, gdyby nie miał słów. Od słowa zaczyna się życie i na słowach się kończy. Bo śmierć to tak samo tylko koniec słów. Zacznij może od pierwszego z brzegu, które ci najbliższe. Matka, dom, ziemia”.
Każdy z nas ma takie słowo, od którego wszystko się zaczyna